Uczucie ulgi z jakim opuszczam samolot po kilkudziesięciu godzinach lotu z Europy, szybko zastępują dezorientacja i zagubienia. Wystarczyła chwila po wyjściu z cichego, klimatyzowanego terminalu lotniska, żeby ruch uliczny, upał, zgiełk i zapach tropiku wywołały oszołomienie. Przeniesiony wprost z grudniowej Polski mam wrażenie nierealności wszystkiego co mnie otacza. Upłyną dni zanim obrazy, które przywiozłem tu w głowie zaczną blaknąć, zastępowane dostarczanymi przez moje nowe życie. Na razie stoję na przystanku w zimowym ubraniu, z ciężką walizą w ręce, bez znajomości choćby słowa po khmersku, czując jedynie przemożną chęć schowania się gdziekolwiek, najlepiej w samolocie powrotnym. Muszę dostać się do hotelu.
W autobusie jestem jedynym białym. Kierowca, wyglądający na nastolatka puszcza z głośników muzykę pop, pasażerowie, głownie matki z małymi dziećmi spoglądają na mnie z życzliwą ciekawością. Autobus przemieszcza się mozolnie przez zakorkowane miasto, lawirując między tuk-tukami i skuterami. Nie pamiętam gdzie miałem wysiąść, próbuję liczyć kolejne przystanki, ale w końcu tracę rachubę i daję spokój. Wysiadam w centrum. Bez internetu nie działa nawigacja w telefonie i nie mogę się zorientować ani gdzie właściwie jestem, ani w którą z plątaniny oznaczonych po khmersku uliczek mam skręcić. Próbuję znaleźć jakieś darmowe wifi, ale bezskutecznie. W południowym słońcu, z plecakiem i walizką podskakującą po nierównościach ulicy kręcę się bezradnie czując jak ogarnia mnie poczucie rezygnacji. Skinieniem ręki przywołuję przejeżdżającego rykszarza.
Pokój hotelowy, namiastka domu 20$ za dobę. Ma klimatyzację, łazienkę, nawet telewizor, którego przez cały pobyt nie włączę ani razu. Przez okna wychodzące na ulicę widzę ciągnące się po drugiej stronie rzędy balkonów, na których ludzie wieszają pranie albo odpoczywają. Kładę się na łóżko i próbuję poukładać sobie wszystko w głowie. Jest 31 grudnia, ostatni dzień 2018 roku, pierwszy ze 180 jakie mam spędzić w Kambodży.